Nie jestem rasistką, ale… może po prostu o tym nie wiem?

Lubię myśleć o sobie dobrze – nie kopię gołębi na ulicy, papierki wyrzucam zawsze do kosza, ustępuję osobom starszym miejsca w autobusie, wierzę w to, że świat jest zbiorem klocków o różnych kształtach i kolorach, a każdy jest tak samo ważny, tak samo potrzebny. Tylko widzicie, to są deklaracje. A uprzedzenia, uproszczenia, niedopowiedzenia bywają nieuświadomione – są jak takie drzazgi pod skórą, o których istnieniu nawet nie wiemy, bo w ogóle nie bolą. To znaczy – przynajmniej nie nas.

Lubię myśleć, że nauka, zupełnie jak poezja, jest trochę od tego, by dźgać nas w to, co miękkie i w to, co wygodne.

Choć to nie zawsze jest proste. No bo jeśli chcielibyśmy wiedzieć, jak to naprawdę jest i czy nie ma w nas uprzedzeń, stereotypów, wpisanych nierówności, to oczywiście w tym celu moglibyśmy po prostu trzasnąć kwestionariusz ankiety, chodzić po ulicy i pytać: „dzień dobry Panu, czy jest pan rasistą?”, „dzień dobry Pani, czy dyskryminuje Pani innych?”. Tylko widzicie, to podejście metodologiczne wiąże się z dwoma problemami: po pierwsze, można dostać w mordę. Po drugie, napotkamy tutaj na problem zwany efektem społecznych oczekiwań (ang. social desirability bias). To znaczy, że na niektóre pytania odpowiadamy niekoniecznie zgodnie ze stanem faktycznym, ale tak jak (wedle naszego mniemania) wygląda oczekiwanie społeczne. To generalnie jest dość ciekawe, bo badania pokazują, że są zachowania, których częstotliwość lubimy zawyżać (na przykład chodzenie na siłownię, zdrowe odżywianie, praktyki religijne), i są też takie czynności, których prawdziwą częstotliwość zaniżamy, na przykład korzystanie z wszelkich używek, zachowania niezgodne z prawem, jak również – no właśnie – przekonania rasistowskie, homofobiczne, mizoginiczne i tym podobne.

Innymi słowy pytanie o nasze uprzedzenia w kwestionariuszach ankiety będzie prowadziło do takich lichych raczej wniosków, zbudowanych na fundamentach wątpliwej jakości, takich zrobionych z rozmokłej tektury i zardzewiałego widelca.

No kłopot z tymi ankietami. Pomyślcie o nich jak o kapibarach. Z jednej strony budzą w wielu osobach uczucia ciepłe i pluszowe, no bo jednak wydają się niegroźne, proste i całkiem przystępne, z drugiej strony nie są pozbawione wad i wciąż na ich temat krąży wiele niedomówień, to znaczy mam tutaj na myśli badania ankietowe, ale w sumie kapibary też, no dajcie spokój, zastanówcie się przez chwilę, co wiecie o kapibarach. Czy wiecie, co jedzą? Co je cieszy? Co smuci? Jaki jest ich ulubiony program w telewizji?  Jaki jest ich stosunek do ekonomii politycznej ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy pozytywnej? No i widzicie, teraz wystąpiła pewna niezręczność, bo nagle okazało się, że większość z Was niewiele wie o kapibarach. Ale za to wiecie już ciut więcej na temat badań ankietowych!

A to nie koniec dobrych wiadomości – bo słuchajcie, akurat na problemy wynikające z efektu społecznych oczekiwań nauka ma rozwiązanie. Przedstawi nam je teraz Jamal, który szukał pracy na całkiem rzeczywistym amerykańskim rynku pracy. Czyli wszystko normalnie, może poza tym, że Jamala nie było.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy rasistami?

W 2003 roku Marianne Bertrand i Sendhil Mullainathan zastanawiali się nad dokładnie takim samym zagadnieniem jak my, czyli jak sprawdzić, czy na amerykańskim rynku pracy wciąż panuje dyskryminacja na tle rasowym. Wiedzieli, że nie mogą sobie ot tak pochodzić po pracodawcach i spytać. Po pierwsze, to by było bardzo dużo chodzenia, a po drugie, liczyli się z tym, że na pytanie postawione wprost większość osób odpowie przecząco, bez względu na swoje prawdziwe poglądy. Postanowili więc przeprowadzić to badanie inaczej – rozpoczęli od stworzenia fikcyjnych CV. To znaczy całkowicie fikcyjnych, a nie takich trochę pościemnianych, jak wtedy, gdy ktoś aplikuje na stanowisko nauczyciela akademickiego i wpisuje, że przez pięć lat wykładał chemię, co by się nawet zgadzało, z tym że tę chemię to on wykładał na półki w supermarkecie, a nie na uniwersytecie. (Na wszelki wypadek od razu zaznaczam, że oba zawody są tak samo wartościowe. W sumie to wykładanie chemii w supermarkecie bywa często znacznie ważniejsze od wykładania na uniwersytecie, bo tam to przynajmniej można realnie dokonać jakiejś zmiany, a uczenie innych często przypomina raczej zamiatanie kałuży grabiami).

CV były fikcyjne, ale stworzone w bardzo realistyczny sposób, i stanowiły odpowiedź na prawdziwe ogłoszenia zamieszczone na portalach internetowych. Na każde ogłoszenie odpowiedziano czterema CV – dwoma wysokiej jakości i dwoma niskiej. Różniły się one jedną kluczową zmienną – imieniem aplikanta.

Połowa imion sugerowała typowo afroamerykańskie pochodzenie, a połowę stanowiły imiona nadawane częściej ludziom o białym kolorze skóry. Jako że pozostałe czynniki kluczowe dla znalezienia pracy (typu wykształcenie i edukacja) były do siebie bardzo podobne, to łatwo domyślić się, jaki był cel tego badania – sprawdzić, czy pochodzenie (którego pracodawcy domyślali się na podstawie takiego a nie innego imienia) ma wpływ na liczbę rozmów kwalifikacyjnych.

Okazało się, że niestety ma – osoby z imionami, które brzmiały jak należące do Afroamerykanów, otrzymały o 50% mniej zaproszeń na rozmowy. Bez względu na jakość CV! Podobny wynik przyniosło takie samo badanie przeprowadzone przez Frances McGinnity na irlandzkim rynku pracy.

Smutny to wniosek, a także – co ważne – najpewniej zupełnie inny od tego, co zostałoby zadeklarowane przez tych samych badanych. Tak jak jak w przypadku każdych innych badań eksperymentalnych, w przypadku wyżej opisanych badań również mamy do czynienia z grupami eksperymentalną i kontrolną oraz z losowym przydziałem do grup. Różnica polega na tym, że w tym wypadku badanie jest realizowane w naturalnym środowisku badanych – w ich miejscu zamieszkania, pracy albo nauki. Taki rodzaj badania nazywamy więc eksperymentem terenowym.

Jest to technika bardzo często (ale nie tylko) używana w celu zbadania uświadomionych i nieuświadomionych zachowań i uprzedzeń  – nie tylko rasowych, lecz także tych dotyczących wieku, płci, pobytu w zakładzie karnym. Ponadto w mojej głowie jest to też totalnie technika, której Wisława Szymborska poświęciła jeden ze swoich wierszy, ten w którym pisała, że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

A piszę o tym wszystkim, bo chciałabym wzbudzić w nas jakąś taką czujność, ciągły stan gotowości, który nie pozwoli nam osiąść na wygodnych laurach dobrego o sobie mniemania.

I właśnie w tym temacie dziś chciałam Wam polecić książkę, która ostatnio mi w przejściu w ten stan gotowości pomogło – tak mi po kolei wykreślała z głowy wszelkie uprzedzenia, niedopowiedzenia, uproszczenia dotyczące Afryki. Nauczyła mnie rzeczy, o których nie wiedziałam, naprostowała te, które wiedziałam źle i przede wszystkim – pozwoliła mi dużo, dużo zrozumieć. Zaczęłam czytać i nie mogłam przestać – wcale nie z poczucia obowiązku, ale z miłej mieszanki dobrego pisania i doskonałej wiedzy. Reportaż „Żar. Oddech Afryki” autorstwa Dariusza Rosiaka (wydawnictwo Czarne) – przeczytajcie, przytulcie swoje synapsy, a mieszkańców absolutnie każdego kontynentu, bez wyjątku, do serca.

 

***

A jeśli chcecie dodatkowo przytulić się z metodologią i innymi sposobami badania wszelkich zachowań społecznych, to powyższe fragmenty o badaniach terenowych pochodzą z mojej książki „Statystycznie rzecz biorąc. Czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla”, która jeszcze tylko przez kilka dni jest do kupienia za jedyne 19,99zł w salonach Empik (stacjonarnych i on-line, o tu: KLIKU KLIKU) .

TO NIE JEST PODRĘCZNIK DO STATYSTYKI, to jest książka popularnonaukowa o tym, że statystyka jest wspaniała. I – w moim zamyśle – takie książkowe narzędzie, dzięki któremu można się nauczyć, jak weryfikować informacje, gazetowe nagłówki, doniesienia amerykańskich naukowców. Słowem – jak nie dać się oszukać mediom, wykresom i danym. Tutaj znajdziecie spis wszystkich zagadnień, które poruszam w książce: KLIKU KLIKU.