Pies o miłym kształcie parówki i uszach jak spadochron

Przyznam się, że na tej wizycie u lekarza, który od niedawna jest również moim najlepszym przyjacielem, to ja trochę się niepokoiłam, albowiem kilka tygodni temu wystąpił u mnie objaw nieoczekiwany i rzekłabym – dość szokujący. I ja co prawda nie miałam w sobie zbyt dużych pokładów nadziei, całkowicie zdawałam sobie sprawę z tego, że istnieją przypadki względem których medycyna jest bezradna, niemniej oto siedziałam w poczekalni u lekarza, czekając na to ostatnie potwierdzenie profesjonalisty jakoby w tej kwestii nie dało się nic zrobić, no trudno, wiele jest skutków ubocznych, a mnie akurat przytrafił się ten, w którym zaczęły podobać mi się psy rasy jamnik.

Nie no, serio. Dotychczas jak ja myślałam o tych psach o miłym kształcie parówki i uszach jak spadochron, to one nie budziły we mnie żadnych cieplejszych uczuć, ja na ich widok byłam jak taka herbata pozostawiona zbyt długo na blacie, taka letnia jakby i całkiem obojętna, i ja nie chcę histeryzować, ale to wszystko zaczęło się wtedy, jak ja zaczęłam brać te przepisane tabletki, ja wtedy po raz pierwszy zobaczyłam jamnika na ulicy i serce to mi tak jakby zadrżało i pomyślałam sobie, że mój boże, jaki to jest uroczy pies o miłym kształcie parówki i uszach jak spadochron, i nawet zapragnęłam takowego mieć i nazwać go Bajzel.

Oczywiście, że powiedziałam to wszystko temu lekarzowi. Spytał o odczuwane przeze mnie skutki uboczne to mu powiedziałam o swojej nagłej miłości do jamników, a ja przecież przez 30 lat uważałam je za takie serki topione kynologicznego świata, w sensie że jak człowiek sobie idzie po godny nabiał do sklepu, to raczej po jakąś pełnotłustą goudę sięgnie (typu owczarek niemiecki) albo jakiś wspaniale wilgotny twaróg (typu łaciaty wyżeł), ale serek topiony to raczej takie popychadło, w sensie jak Ci zostanie bardzo mało pieniędzy i bardzo dużo miesiąca, to kupisz, ale bez entuzjazmu i jeszcze poprosisz panią przy kasie, żeby owinęła ten serek w taki szary papier, żeby nikt nie widział. A teraz ciach, uważam, że jamniki są piękne i to nawet nie jest tak, że ja mam jakieś wyrzuty w stosunku do jego osoby, pretensje jakieś czy roszczenia, proszę pana, ja po prostu potrzebuję wiedzieć, czy to jest trwała zmiana, czy też jest jeszcze nadzieja.

– Kortyzol wolny jeszcze zbadamy – powiedział.

Co? Ja mu o jamnikach, ten o kortyzolu, więc ja go pytam czy znane jest jakieś działanie kortyzolu objawiające się nazbytnią ekspresją uczuć do psów typu podłużne, a on mówi, że nie, że to jest taki hormon stresu i w sumie to on chyba też niedługo sobie będzie musiał zmierzyć. A potem jeszcze pytam, czemu on jest wolny, ten kortyzol, a on mi na to mówi bardzo dużo trudnych słów, a ja mówię, że mi w ogóle nie chodzi o medyczne definicje, po prostu w mojej głowie, jak mamy kortyzol normalny i kortyzol wolny, to ten pierwszy tak sobie wsiada do metra, rachu ciachu, i już jest w robocie, a ten drugi to najpierw musi iść z buta na przystanek, potem jeszcze autobusem podjechać, przesiadka na tramwaj, i to by się nawet zgadzało, bo ja sprawdzałam i na wyniki tego pierwszego czeka się jeden dzień, a na kortyzol wolny prawie tydzień, co ma totalny sens, skoro jedzie autobusem i jeszcze musi postać w korkach na Marszałkowskiej.

– Kortyzol nie jeździ autobusem – powiedział mi na to.

Ale tak smutno powiedział, wiecie. Tak czułam jakby, że coś w naszej przyjaźni zadrżało, że nastąpiły jakie emocje trudne i nieporozumienia, a to przecież nie chodzi o to, że ja się jakoś wybitnie upieram, że kortyzol wolny jeździ autobusem, po prostu chodzi mi o to, że najpewniej nie ma dostępu do metra. Ale dobrze, nie drążyłam dalej. Byłam najdoskonalszym pacjentem świata – zgodziłam się na wszelkie zabiegi wymagające utoczenia mi trzydziestu litrów w krwi, nawet nie kłóciłam się zbyt długo, gdy próbował mi tłumaczyć, że tyle to nawet nie mieści się w człowieku, nie mówiąc już o tym, że nawet się nie rozpłakałam, gdy stetoskop był zimny. Nie no, poważka, nie wiem co jeszcze mogłabym zrobić by być idealniejszym gościem tej medycznej placówki. Ale nie pomogło.

Znaczy – niby wszystko w porządku, niby miło, recepta, skierowanie, do widzenia, do zobaczenia, no ale jakby czułam, że właśnie coś się zmieniło na zawsze, że ktoś jakby wrzucił do szklanki naszej wzajemnej sympatii ze trzy kostki lodu i gwałtownie zamieszał, w powietrzu unosił się jakiś taki niewypowiedziany żal. I dopiero, gdy już wychodziłam, to nie wytrzymał. Coś się w nim złamało, zaczęła pękać ta tama profesjonalizmu, on długo się powstrzymywał, ale jednak jest granica tego, ile jeden człowiek może znieść i na ile pozwoli względem swojej osoby. W drzwiach mnie zatrzymał tą swoją informacją, a ja aż przystanęłam i wszystko pojęłam natychmiast.

– Ja mam jamnika – powiedział  – nazywa się Zygmunt.