Poranne działania szturmowe i spłoszony gołąb

Taka się obudziłam dzisiaj niespokojna, taka jakbym miała w środku bardzo dużo podskakujących piłek, więc wymyśliłam sobie, że w ramach interwencji kryzysowej przytulę się do męża, co było pomysłem szalenie skomplikowanym, albowiem mój mąż w godzinach wczesnych uruchamia się dłużej niż Windows 95, on jest wtedy bezbronny jak pisklak, bardzo jest zdezorientowany, a na każdy dotyk płoszy się jak gołąb, z tym że niestety w ogóle nie posiada oczu po bokach głowy, więc znacznie trudniej go uspokoić za pomocą kromki chleba.

No ale dobra, You Only Live YOLO, jak to mówi młodzież, powoli rozpoczęłam działania szturmowe w celu okupacji mężowskiej powierzchni na potrzeby uścisku wsparcia i przytulania interwencyjnego. Przysunęłam się tak jakby delikatnie, Wojtek nie drgnął. Dotknęłam jednym palcem, również z sukcesem. Następnie zaś, zachęcona niezwykłym powodzeniem własnych działań, przytuliłam się do Wojtka w sposób nieoczekiwany i gwałtowny, na co on aż podskoczył z wrażenia, w połowie się rozbudził, w połowie jeszcze nie, cały już był gotowy do odpierania ataku najeźdźcy, dajcie mu tylko ubrać skarpetki i znaleźć klucze od czołgu, on zaraz rozprawi się z tym całym dywizjonem, który zburzył jego spokój, on taki był przestraszony, że ja natychmiast też się przestraszyłam, natychmiast zaczęłam go głaskać uspokajająco i myśleć nad słowami wsparcia, głoskami pluszowymi, które przyniosą mu ukojenie w tym chaosie zdarzeń, a następnie, zupełnie nie wiem dlaczego, wypowiedziałam trzy słowa, które – tak sobie jakoś wymyśliłam – ukołysać miały wojtkowy niepokój:
 
– Płyta główna – powiedziałam – procesor. KERNEL.
 
I teraz słuchajcie, nie wiem, co mnie zaskakuje bardziej – to, że totalnie zadziałało, mój mąż natychmiast beztrosko wrócił do spania. Czy też to, że jezuchryste, skąd ja niby znam słowo “kernel”?