W poszukiwaniu straconych sernikominut

Siedziałam ostatnio w poczekalni u lekarza obok takiej kilkuletniej dziewczynki i obie byłyśmy zajęte rozwiązywaniem zadań o podobnym poziomie intelektualnej trudności, to znaczy ona próbowała trafić trójkątnym klockiem do dziury o odpowiednim kształcie, a ja wypełniałam formularz danych osobowych. Niemniej jeśli mogę tutaj ukraść ze dwie linijki tekstu na to, by wymalować laurkę mojego splendoru, to pragnę powiadomić wszystkich zainteresowanych, że w owym formularzu popełniłam jedynie trzy błędy, to jest we własnym wieku, w adresie i w adresie e-mail, a następnie przeszłam do kolejnego pytania na tej kartce pokreślonej w tę i we w tę, na tych licznych poprawkach które naniosłam na własne dane osobowe, i to pytanie brzmiało “zawód wykonywany”, gdzie z dumą wpisałam: “nauczyciel”.

No i słuchajcie, całe szczęście, że miałam przy sobie ten papierowy dowód własnej umysłowej znakomitości, albowiem chwilę później okazało się, że ten miły lekarz mnie rozpoznał. To znaczy – jeszcze na początku to totalnie udawał, że nie, ale to było zanim spędził pięć minut na szukaniu mnie w systemie i on szukał, i szukał, i szukał, a następnie uderzył się ostentacyjnie w czoło i powiedział: “a, bo pani nie ma na nazwisko Daily”. No i widzicie, ja od razu wiedziałam, że to jest mój człowiek. Jak również wiedziałam, że wszyscy mamy szczęście, że został lekarzem, bo w szkole dla szpiegów to nie byłby prymusem.

A potem to ja nawet myślałam, że się zaprzyjaźniliśmy, już go chciałam na Wigilię zapraszać, a także uhonorować go najwyższym odznaczeniem ludzkiego przywiązania, to jest własną zniżką do pizza hut, dopóki on nie spojrzał w papiery i nie powiedział, że w sumie jest w moich wynikach rzecz, która wydaje mu się bardzo dziwna, i w związku z tym musimy zrobić coś, co będzie wymagało ode mnie, by nie jeść i nie pić przez co minimum osiem godzin.

No proszę pana, mnie się wydaje dziwne, że pingwiny nie mają kolan, ale to nie jest powód bym od razu podejmowała tak radykalne kroki.

Chciał coś odpowiedzieć, ale się zawahał. Nie dziwne, wiadomość o pingwinach bez kolan zawsze najpierw wywołuje w ludziach uzasadnioną dozę szoku. Wdech wziął, chciał powiedzieć coś znowu, rozmyślił się, zamilkł. A myślał tak intensywnie, że nie miałam żadnych wątpliwości, że oto zostało mi pięć dni życia. Jezu, pięć dni życia. Natychmiast zaczęłam robić to, co każdy w mojej sytuacji, to jest liczyć, ile serników zdążę zjeść w takim przedziale czasu. Wyliczywszy, że dużo, poczułam się gotowa.

– Proszę mi powiedzieć prawdę – oświadczyłam bohatersko
– Nie mogę, bo się boję – powiedział jakby ciszej i krzesło odsunął dalej od mojej osoby
– Śmiało – zachęciłam. “I szybciej” dodałam w myślach, bo nie chciałam już trwonić więcej cennych sernikominut
– Bardzo się boję – powtórzył – ale muszę to powiedzieć…
– Że co?
– Że statystycznie rzecz ujmując…

Oho, a więc to jest właśnie to, co mnie zabije.