W ostatni weekend udaliśmy się z moim mężem na spacer antykoncepcyjny. Znaczy nie, że mieliśmy taki w planach, to wyszło przypadkiem, po prostu poszliśmy na piracki piknik nad rzeką, bo Wojtek chciał sobie kupić smażoną kiełbasę. Na początek trafiliśmy w takie miłe miejsce, gdzie rozdawali mieszkania za darmo. To znaczy tak myślałam, że tam rozdają mieszkania za darmo, bo to było jedyne sensowne wytłumaczenia tej kolejki, co to ciągnęła się aż pod Bydgoszcz i poruszała się w tempie polskiego wzrostu gospodarczego, a w tej kolejce to całe rodziny smażyły się czule na patelni irlandzkiego słońca, pot mieszał się z dziecięcymi łzami, a dziecięce łzy z łzami ich rodziców, a jak już doszliśmy do początku tej kolejki, to okazało się, że tam w tym punkcie to wcale nie rozdają mieszkań za darmo, tylko jest tam taka miła atrakcja, że jak sobie postoisz w tej kolejce przez pięć godzin, to potem musisz zapłacić dwa euro, po to żeby twoje dziecko zjechało przez 30 sekund na zjeżdżalni, a następnie się rozpłakało, że tak krótko.

tumblr_lt295sOC741r3v6f2o1_500

A potem poszliśmy na gofry i tam stało dziecko z ojcem, i tata je pytał, z czym chce gofra, a ono mówiło, że z bananem, a ojciec pytał, czy na pewno z bananem, a ono mówiło, że na pewno z bananem, a ojciec pytał, czy może z truskawką, a dziecko mówiło, że nie, że z bananem i oni tak właśnie sobie dyskutowali przez dwadzieścia minut, aż sobie pomyślałam, że mój boże, człowieku, przecież to dziecko trzydzieści razy ci powiedziało, że chce gofra z bananem, więc kup mu tego gofra z bananem, ale widzicie, to był z mojej strony błąd amatora, to była myśl człowieka, który od prawie trzydziestu lat podróżuje wygodnym tramwajem życia, z klimatyzacją i widokiem na pole słoneczników, a chciał pouczać kogoś, kto po krzywej kostce brukowej rzeczywistości jeździ na hulajnodze powożonej przez dwa ogiery i byka skąpanego w kofeinie, albowiem jak już w końcu to dziecko dostało tego gofra z bananem, to rozpłakało się, że jednak chce z truskawką. Czyli w sumie zupełnie jak ja, gdy podejmuję jakąś decyzję, tylko, że ja jestem starsza, więc głośniej płaczę.

Tymczasem w górze, na niebie, niepomny ziemskich dramatów w kolejce po gofry, galopował jednorożec napuszony helem. Ludzie zadzierali głowy, wskazywali nań palcami, cieszyli się na widok kolorowego konia tańczącego z wiatrem, a ja w tym obrazku wcale nie widziałam radości jednorożca skaczącego po chmurach, ja widziałam piekło jakiegoś rodzica, który najpewniej ponosił teraz srogą karę za własną nieudolność wychowawczą, jaką było nieprzypilnowanie balona.

Spojrzałam na to pole bitwy – dzieci o twarzach pomalowanych w tygrysie paski, twarze rodziców muśnięte bezradnością wymieszaną z brakiem nadziei, wzrok rozbiegany, włos nieuczesany, na koszulce czule wtarte rączkami dziecka plamy od keczupu, lśniły w słońcu jak plamy krwi po przegranej bitwie z codziennością. Oto cisi bohaterzy rzeczywistości. Oto ludzie, którym życie ziemię wykłada kałużami błota, twarz smaga lodowatym wiatrem wymieszanym z deszczem, a czasem w przypływie dobroci rzuca im do zabawy kostkę węgla, do której to kostki węgla przytulają się wieczorami, cicho szlochając.

Spojrzałam na to wszystko i nie wiedziałam od czego zacząć – czy spytać o numer telefonu pod jaki należy wysłać SMS-a, by tym ludziom pomóc? Czy zadzwonić do własnych rodziców i ich przeprosić? Kwiaty im wysłać wraz z rekompensatą finansową za wszystkie pirackie pikniki, na które ze mną chodzili? Wszystkie gesty wydały mi się niewystarczające.

Postanowiłam sprawę przedyskutować z mężem, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć, a jak go w końcu znalazłam, to okazało się, że wciąż stoi w kolejce po kiełbasę, więc ja mu powiedziałam, że jezuchryste, przecież my już tutaj od dwóch godzin stoimy, czy on nie mógłby się w końcu na jakąś kiełbasę zdecydować, a on mówi, że może byśmy byli tutaj krócej, gdybym wcześniej nie zmarnowała czasu na kopanie w maszynę od plastikowych pierścionków, która ukradła mi pieniądze, a ja mówię, że ja nie po to żyły sobie wypruwam, podatki płacę, żeby mnie potem maszyna od zabawek okradała na dwa euro, a wtedy Wojtek mówi, że ta maszyna to mnie okrada na każdym pikniku, więc może mogłabym się już w końcu nauczyć, a nie że pierścionki, pierścionki, a potem trzy dni histerii, że mnie maszyna okradła, a wtedy pani pyta, co podać, a Wojtek mówi, że hot-doga, a ja mówię, że przecież już ostatnio jadł tego hot-doga i mu nie smakował, przez dwa dni mi jęczał jaki był niedobry, nic tylko chodził po mieszkaniu i lamentował, że hot-dog niedobry i życie zmarnowane, a on mówi, że ten na pewno będzie dobry, a później bierze tego hot-doga i okazuje się, że w tym hot-dogu to jest nie taka kiełbasa jak trzeba, i ja go pytam, co on robi, a on mówi, że stanie w tej kolejce jeszcze raz, żeby zwrócić tego hot-doga, a ja mówię, że chyba sobie ze mnie kpi, przecież szlag mnie zaraz trafi, a raczej trafiłby, gdyby nie to, że już wyczerpałam wszelkie pokłady frustracji na maszynę od pierścionków, a Wojtek mówi, że jego to szlag zaraz trafi, jak jeszcze raz usłyszy o tej mojej maszynie, bo on już ma dość problemów w życiu związanych z nieprawidłowościami w kiełbasie, którą otrzymał i w ogóle to gdzie tu człowiek ma się zgłosić, żeby go zaczęli traktować z szacunkiem, jak pełnoprawnego obywatela, a nie że ciągle go oszukują na kiełbasie.

Więc ze złych wiadomości, to wróciliśmy z tego pikniku po pięciu godzinach, a Wojtek nigdy nie doczekał się swojej kiełbasy, znaczy tak się domyślam, ale nie mogłam spytać, bo akurat się do siebie nie odzywaliśmy. Z dobrych wiadomości, to mam słowa wsparcia dla rodziców, którzy są obecnie zakładnikami pirackich pikników w kolejkach po gofry lub dmuchane zjeżdżalnie. Pamiętajcie – sprawiedliwość prędzej czy później dopadnie Wasze dzieci. Sprawiedliwość istnieje i nazywa się małżeństwo.