Gdzie kończy się kabel od komputera, a zaczyna koszmar

Przychodzę do mojego męża i mówię mu, że pomysł taki mam, taką myśl szaloną, że może udalibyśmy się na wycieczkę, wyszli gdzieś na zewnątrz, a on patrzy na mnie tak, jakbym właśnie oznajmiła mu, że oto zainstalowałam u siebie Windowsa Vistę i hej, co myśli o tym, żebyśmy zaczęli od dziś używać Internet Explorera, a potem zapłacili za używanie Winrara? No i on patrzy na mnie z taką mieszanką niedowierzania i strachu, minę ma jak taka młoda sarna wpatrzona w reflektory TIRa, więc no dobra, pomyślałam sobie, że może źle to wszystko ujęłam, może on mnie po prostu źle mnie zrozumiał, więc tłumaczę mu dalej, że “na zewnątrz” to jest takie miejsce, gdzie nie sięga kabel od komputera stacjonarnego, inni ludzie mają znacznie mniej wypikselowane twarze niż te, do których jest przyzwyczajony, a ekran komputera opala znacznie mocniej niż zwykle i nazywa się słońce.

A Wojtuś na to mówi, że spoko, możemy iść, choć nie możemy wykluczyć, że zgodził się na to tylko i wyłącznie dlatego, że wciąż było oszołomiony tą drastyczną informacją, jakoby świat wcale nie składał się z pikseli, tym samym postanowiłam póki co oszczędzić mu dodatkowych wrażeń w postaci informacji, że za tego rożka truskawkowego w sklepie też nie zapłaci złotymi dukatami, które ukradł karłowi spotkanemu pod mostem. No więc poszliśmy, i ja trochę byłam w strachu, na wszelki wypadek wzięłam ze sobą bardzo dużo cukierków gdyby Wojtusiowi zrobiło się słabo od nadmiaru tlenu, ale to było zupełnie niepotrzebne, bo było absolutnie cudownie; ja moczyłam stopy w jeziorze, słońce muskało mnie w pycholka, gdzieś tam w okolicy przepłynęła kaczka, a obok dwa mokre psy kłóciły się o patyk w najdoskonalszym psim lunaparku życia, i ja pomyślałam sobie, że omójboże, cóż to jest za doskonały dzień, cóż za doskonała rzeczywistość, te stopy w jeziorze, to słońce, te kaczki, te szczęśliwe psy, tak sobie właśnie pomyślałam z zachwytem, a następnie spojrzałam na brzeg w poszukiwaniu męża.

Słuchajcie, niech ktoś zadzwoni do Muncha i powiadomi go, że jego “Krzyk” jest tylko nieudolną kopią prawdziwego egzystencjalnego bólu, że blaknie gwałtownie przy tym obrazie namalowanym dramatycznym pędzlem prawdziwego życia, oto jest świadectwo cierniowej korony naszej egzystencji, naturalisty portret koszmaru wyjścia na świeże powietrze.

“Informatyk na plaży”, portret na płótnie malowany łzami udręki, maj 2018.