Norweskie dramaty trzeźwości i pasztet z dzieci

Jesteśmy z Wojtkiem w Norwegii, przyjechaliśmy odebrać swojego zaległego Nobla w kategorii: najlepsza komedia zagraniczna. Przy okazji odbiorę też Nobla z matematyki w imieniu wszystkich moich studentów, za całokształt twórczości. Muszę Wam powiedzieć, że lot na linii Dublin-Oslo to wspaniała intelektualna przygoda, bo nigdy w życiu nie widziałam tylu dorosłych ludzi, którzy mdleją z wrażenia na widok śniegu. Najlepszy był ten koleś, co to od dziesięciu lat mieszka w Irlandii i od takiego samego czasu nie widział zimy, i tym samym spędził cały lot z nosem przy szybie, wyczekując śniegu, a jak już go zobaczył, to wpadł w taki entuzjazm, że nie czekał nawet na wyjście do miasta, już na płycie lotniska zaczął sam siebie obrzucać śnieżkami. I to, moi drodzy państwo, był mój mąż.

giphy (1)

Oslo jest całkiem spoko, Wojtek przeanalizował wszystko swoim umysłem bystrym i okiem fachowym, po czym uznał, że wygląda tutaj dokładnie tak, jak w Katowicach. Znaczy no, byliśmy zadowoleni do czasu. Do tego momentu, kiedy to udaliśmy się do sklepu, w którym to sklepie pani powiedziała nam, że nie może nam sprzedać browarów, bo jest już po 20. W sobotę sprzeda, ale tylko do 18. W niedzielę wcale. Czyli jednak, gorzej niż w Katowicach.Czemu o takich rzeczach nie informują na granicy?!??!?!?!?!? O obowiązkowych szczepieniach informują, o zagrożeniu terrorystycznym wspomną, ale łzy jak grochy przy kasie supermarketu przemilczą. Tym samym postanowiłam napisać praktyczny przewodnik po Europie dla człowieka-Polaka. Rozdział 1: alkohole. Rozdział 2: jedzenie. Rozdział 3: unikanie wysiłku fizycznego na urlopie. Rozdział 4: zarządzanie mężem w podróży. Ten rozdział czwarty to właściwie pisze się sam. Na przykład: pozwól swojemu mężowi zjeść słoik śledzi z cebulą i przegryźć norweską kiełbasą tylko wtedy, gdy upewnisz się, że nie zapomniałaś wziąć z domu pasty do zębów.

Potem było jeszcze gorzej, bo przyszła niedziela. Niedziela w Norwegii. Niedziela w Norwegii to taki dzień, że browara co prawda nie kupisz, za to pasztet z dzieci bez większego problemu.

12654647_1730327593869733_7828115577919683144_n

Ku mojemu zdziwieniu mąż mój wstał tego dnia niewspółmiernie radosny do okoliczności, w ogóle nie schłostany wizją całodziennej trzeźwości, nawet sobie coś podśpiewywał przy parówce z tego zadowolenia swojego, a następnie oznajmił mi, że idziemy do muzeum żeglugi morskiej. Patrzyłam z pewnym rozrzewnieniem na tę jego radość, tak jak patrzyłam ostatnio na ten film na jutjubie o krowie, która bawiła się wesoło balonem, i ja już wiedziałam, że ten balon jej zaraz pęknie, a ta krowa jeszcze nie. Postanowiłam więc przypomnieć Wojtkowi o tym okrutnym żarcie norweskiego losu, trochę życie mu złamać, no bo widziałam w filmach, że tak właśnie robią żony.

– Wojtuś – mówię łagodnie – niedziela jest

– No przecież wiem, że niedziela jest – mówi Wojtek – dlatego pójdziemy do muzeum żeglugi morskiej…

Rany boskie, co on z tą żeglugą, co on z tym morzem i to w takiej chwili, kiedy tutaj prohibicja, wieści hiobowe, piekło za życia.

– Pójdziemy do muzeum żeglugi morskiej… – powtarza Wojtek – …a tam będą busole. A w busolach jest spirytus. Będziemy spijać.

Boże mój, ten człowiek jest żywą reklamą małżeństwa.