yes

Wszelkie wybory w Polsce to zawsze radość, bo każdorazowo wyglądają tak samo – 50% ludzi uprawnionych do głosowania nie głosuje, pozostali głosują, a na końcu wszyscy są niezadowoleni. Nie inaczej było i tym razem, więc w czasie, gdy ja próbowałam rozwikłać tę odwieczną zagadkę filozoficzną, mój irlandzki kolega z biurka obok właśnie studiował w lokalnej gazecie wyniki własnych, narodowych wyborów. A potem odłożył na bok wszystkie wykresy, westchnął głęboko i oświadczył, że jest szalenie zażenowany, ale to szalenie zażenowany, bo frekwencja w irlandzkim referendum wyniosła trochę ponad 60%, i w takim razie on się pyta, gdzie się podziało pozostałe 40% narodu, a ja mu na to mówię, że nie wiem, ale jak już pójdzie szukać tych zaginionych 40% Irlandczyków, to może by i przy okazji mógł rozszerzyć akcję poszukiwawczą na 50% Polaków zaginionych w wyborach prezydenckich. Bo muszę wam powiedzieć, że ja się szczerze o te 50% martwię. Dlaczego nikt nie interesuje się ich zaginięciem? Dlaczego nikt jeszcze nie powiadomił Fundacji ITAKA o nieznanych losach dziesięciu milionów Polaków, którzy zaginęli w drodze do lokali wyborczych?

Spójrzmy na przykład na takich kolegów Irlandczyków. W piątek, tuż przed naszymi niedzielnymi wyborami, wszyscy udali się głosować w referendum dotyczącym małżeństw jednopłciowych. Długo się zastanawiali, gdzie najlepiej głosować, aż w końcu doszli do jedynego słusznego wniosku, że temat ważny, to i wymaga godnej oprawy, a więc głosowali w kościołach.

11328782_10204445945454639_948668791_n

61% miłych ludzi-Irlandczyków zagłosowało, ale nie ma się co za bardzo jarać tą frekwencją, no bo wiadomo, że tacy Irlandczycy to mieli znacznie prościej niż my, Polacy. Po pierwsze, głosowali w piątek, więc człowiek mógł sobie skoczyć zagłosować o siódmej rano, tuż przed pracą, a nie musiał celować w przerwę od gotowania niedzielnego rosołu. Po drugie, w Irlandii nie można głosować korespondencyjnie, więc tysiące ludzi przylatywało zza granicy tylko po to, żeby oddać głos, a wiadomo, że samolotem to wygoda, samolotem to każdy by na wybory poleciał, to zupełnie nie tak jak u człowieka-Polaka, który musi w tym celu wsiąść w autobus i przejechać trzy przystanki, a w autobusach przecież trzęsie i nie ma toalety. Po trzecie, nawet jeśli w dniu wyborów akurat padało, to w tym kraju zawsze pada, więc taki człowiek-Irlandczyk jest całkowicie do tego faktu przygotowany, nie to co ludzie-Polacy, naród słodyczy i wzajemnej życzliwości, który składa się w 70% z cukru, więc zbyt długi pobyt na deszczu grozi nam na przykład odpadnięciem ręki.

No bez dwóch zdań, mieli łatwiej. A nie dość, że mieli łatwiej, to i tak okazało się, że ci Irlandczycy to nawet brać udziału w demokratycznym referendum nie potrafią właściwie. Kto był na „tak”, poszedł, zagłosował: tak i wrócił do domu. Kto był na „nie”, poszedł, zagłosował: nie i wrócił do domu. Zero zabitych, zero rannych. Na szczęście w cotygodniowej audycji radiowej na ten temat znalazł się i jeden poważny dyskutant uzbrojony w rzetelne i merytoryczne argumenty:

Hello – przywitał się grzecznie z panem z radia i wyjaśnił. – God hates fags, I hate fags, they’re a disgrace to human race!

Oh – stropił się pan z radia i próbował sprowadzić dyskusję na trochę inne tory – but maybe you could start with introducing yourself?

My name is Mathew and I am from Poland.

Of course you are – pomyślałam sobie, bo niestety niewiele więcej mi pozostało. Głosować nie mogłam, mimo mojego zupełnie brawurowego planu, by pomalować się cała na zielono, wsadzić sobie koniczynę na głowę i w ten sposób przekonać komisję, że jestem stuprocentowym człowiekiem Irlandii. Oczywiście mógłby niejako zdradzić mnie akcent, ale i na to miałam sposób, pytana o cokolwiek planowałam odpowiadać zawsze tylko jednym zdaniem, zdaniem które dodatkowo wzmocni mój argument o irlandzkich korzeniach, to jest: I love Leprechauns.

giphy

Okazało się jednak, że Irlandczycy poradzili sobie i bez mojego udziału, a jak już poparli małżeństwa jednopłciowe, dość znaczną przewagą 62% głosów, to tak się jarali tymi wyborami swoimi, tacy byli z siebie zadowoleni, że w całym mieście była taka impreza, że ja dawno takiej imprezy nie widziałam, mimo iż wiele w tym zakresie w swoim życiu widziałam, no bo byłam przecież na studiach i przez rok mieszkałam w akademiku. No, a potem miasto umarło. Tak przynajmniej przewiduję, bo uczelnia, na której pracuję, to prawie całkowicie wymarła, tylko gdzieniegdzie znaleźć można było skacowanych studentów porozrzucanych po całym budynku, pokonanych przez alkohol i własną radość z demokracji. Swoich studentów nie musiałam szukać zbyt długo, nie miałam żadnych złudzeń, że nie będą w stanie zajść daleko – siedzieli na kanapach dziesięć metrów od wejścia na uczelnię, z wyjątkiem kolegi, który leżał na brzuchu, twarzą w kanapie.

 Is he breathing? –  upewniłam się na początek, jako wzorowy człowiek-nauczyciel.

He is, we are checking it every five minutes – uspokoił mnie jeden z nich. – He just has a terrible hangover.

I am dying – uściślił człowiek z twarzą w kanapie – and I blame the gays.

We were partying because we were happy – wyjaśnił ten obok – because we did something good.

Yes, I feel good – zgodził się z nim kolega. – I feel that I’ve voted, and it mattered, and it changed something, and that’s what we call…

…democracy. – mówię.

…reason to party.

A, właściwie miał trochę racji. Irlandczycy mieli pełne prawo świętować, wykonali kawał dobrej roboty i ja się z nimi zgadzam, całkowicie popieram małżeństwa jednopłciowe. Po pierwsze dlatego, że sama ostatnio wyszłam za mąż i uważam za niesprawiedliwe to, że chwilowo tylko część społeczeństwa narażona jest na koszmar diety przedślubnej i kłótnie z rodziną o wpisanie wujka Henia z Elbląga na listę gości. Po drugie, gdy czasem spotykam swoich studentów trzymających się za ręce przy stoisku z alkoholem w Tesco, to lubię to poczucie, że jedyne, o co muszę się martwić, to że wykupią mi zaraz ostatnią butelkę wina w promocji, a nie o to, że zaraz dostaną w mordę. Nikt nie powinien dostawać w mordę za to, że chce kogoś potrzymać za rękę.

Oczywiście trochę żyję też w strachu. Teraz, kiedy stada homoseksualistów będą grasować po irlandzkich miastach, trochę mocniej będę musiała trzymać swojego męża za rękę na ulicy, żeby mi za jakimś nie pobiegł. No i słyszałam też, że to zaraźliwe, więc trochę częściej będę musiała myć ręce. No trochę się boję, wiadomo. Ale jestem gotowa zaryzykować. Może być też tak, że wolność ludzi w związkach wszelakich w niczym nie przeszkadza mojej.

Szczerze mówiąc, bardzo moim studentom i Irlandczykom zazdrościłam. Zazdrościłam im tego, że ich kraj spytał ich o zdanie. I tego, że potrafili to tak dobrze wykorzystać. Nie tylko w sensie wyniku, ale i samego udziału w wyborach. A nawet gdyby ktoś postanowił nas spytać o zdanie, to co? Najpewniej większość szanujących się ludzi-Polaków nie oddałaby głosu. W końcu to zadanie to jakieś za proste, tylko krzyżyk postawić w odpowiedniej kratce, to trochę uwłacza inteligencji człowieka-Polaka i jego ambicjom. Człowiek-Polak by nie głosował, bo w obliczu tak ewidentnego naigrawania się z jego możliwości, woli zająć się wyborami znacznie lepiej dostosowanymi do jego intelektualnych potrzeb – na przykład tymi, które wymagają wysłania SMS-a za sto pięćdziesiąt złotych plus VAT w celu zdecydowania, która telewizyjna gwiazda najpiękniej skacze po lodzie.

***