Ciastko o smaku nostalgii i wspomnień o tych, których kochamy.

Dostałam wczoraj od kogoś ciastko, którego nie lubię. To znaczy – gdyby leżało za szybą wraz z kremówkami, szarlotkami, puchatymi pączkami, to nie złapałoby mojej uwagi i mojego wzroku. Niemniej gdy mi je dawała to powiedziała coś bardzo ważnego, powiedziała, że właśnie takie ciastko mi kupiła, bo takie zawsze dostawała od swojego dziadka. I jest teraz siódma rano, ja siedzę na dworcu i jem ciastko o najdoskonalszym smaku, złożonym z nostalgii i wspomnień o tych, których kochamy.

Nic nie zaskoczyło mnie bardziej niż to, że wraz z ludźmi umierają smaki – te ciasta robione z dokładnie takiego samego przepisu, a jednak niepodobne do tych maczanych w herbacie, gdy człowiek miał kilkanaście lat i dramat związany z kartkówką z biologii. Te zapachy swetrów, w których tak dobrze się płakało, a które pachniały unikalną mieszanką perfum, ciepła i naturalnego zapachu człowieka, który bardzo mnie kochał.

Na dworcu jest też pies, szaleje z radości za każdym razem, gdy widzi swoją panią, chociaż odeszła od niego tylko na chwilę, wyrzucić papierek, i mój boże, to było najgorsze trzydzieści sekund w życiu tego psa. Zastanawiam się nad tym, dlaczego tak bardzo płaczemy, gdy umiera zwierzę – może odpowiedź jest w tej własnej radości, w tej historii pisanej puchatym ogonem, bo przecież taki pies nigdy nie powiedział nam niczego, co zabolało, nigdy intencjonalnie nie skrzywdził i nie wystawił na próbę. W tych wspomnieniach pełnych sierści i suchych liści zaplątanych w łapy są tylko dobre chwile, wdzięczne oczy i cała miłość ukryta w nieokiełznanym ogonie.

W tym roku nic nie zaskoczyło mnie bardziej niż to, że jednak jestem śmiertelna, że niczym nie różnie się od jogurtu na lodówkowej półce, że posiadam datę przydatności do spożycia. Teoretycznie człowiek to wie – ludzie się rodzą i ludzie umierają; są dwuletnie dzieci na huśtawkach i siwe włosy proszące o miejsce siedzące w tramwaju. Oczywiście, że w każdej chwili może potrącić nas samochód, niemniej takie rzeczy zdarzają się nigdy, nikomu i o żadnej porze. Podejrzewam, że mój kot oszalał z mojego powodu i moich nieobecności – zaczął miauczeć żałośnie przez sen, jakby bał się, że doby mu nie starczy na wygranie wszystkich swoich żalów i puchatych strachów. Wychodząc od lekarza piszę do męża krótką wiadomość tekstową: „dostałam leki i poczucie bezpieczeństwa”. Wchodząc do domu wywracam się niczym kot – delikatnym brzuchem do góry. Nie wiem, jakie zostaną po mnie smaki i jakie zapachy. Teraz na przykład pachnę kawą, którą się skrupulatnie oblałam, biszkoptowym ciastkiem i miłością do tego, co mam. I dzisiaj, z racji okoliczności, jest w tej mieszance też pewien niepokój i kilkanaście łez – po jednej za każdą osobę i łatę na sierści, którą przyszło mi stracić.