Łączymy się w szwedzkim bullu i nadzieji

Jestem w Szwecji. W Szwecji najgorsi są ci ostentacyjnie multi-kulti żyj-jak-chcesz ludzie porozrzucani po ulicach, taplający w bajorku własnego lewactwa jak gołębie w fontannie, a potem jak już się wytaplają, to oni tak biegają, tak biegają z kanistrami po ulicy, podpalając kościoły, a dżender pogania ich od tyłu. No, totalnie tak jest, nic nie zmyślam. No ale poza tym miło. Szwedzi tacy pluszowi, ja idę do kawiarni i proszę o kawę, a pani mnie pyta, czy cośtam cośtam bulle, a ja sobie myślę: och, cóż za miły kraj, że tak się troszczą o moje zdrowie, nie, nie, proszę pani, nic mnie nie boli, noł bulle, to znaczy prawdą jest, że kilka dni temu spadłam z łóżka, bo musiałam zrobić miejsce swojemu Kitku, bo biedny tak się gnieździł na połowie łóżka, że aż nie miał jak łapek rozprostować, ale te wszystkie siniaki to już się w sumie dawno zagoiły, więc noł bulle, noł bulle, dziękuję bardzo.

– Noł bulle – powtórzyła pani i posmutniała, a wtedy i ja posmutniałam, bo to jednak nie jest miłe, że ja tu się dzielę swoim szczęściem, że proszę pani, proszę bardzo, lat 31, a jednak udało mi się wstać z łóżka i nic mnie nie boli, ręka mi nie odpadła, korzonki jak świeżo naoliwione, no jak to nie jest sukces, to nie wiem, co nim jest, ale pani już nie zwraca na mnie uwagi, już pyta kolejną osobę z kolejki, czy cośtamcośtam bulle, a ta osoba mówi, że bulle, a wtedy pani wręcza jej drożdżówkę, I WTEDY TO DO MNIE DOTARŁO. No i słuchajcie, jak już to do mnie dotarło, to ojezu, ale mnie zaczęło serduszko bulle.